Telewizja wPolsce.pl (należąca do Fratrii) zaczęła emitowany kolejny cotygodniowy magazyn - „Wieża Bab” - którego gospodynią jest dziennikarka „Sieci” Dorota Łosiewicz. Informacje sportowe i drogowe, wydarzenia kulturalne z Legnicy, Lubina, Głogowa Polkowic, radio w internecie, Radio Plus Legnica. Diecezja legnicka. Legnica FM - "Jestem szczęśliwą kobietą" - spotkanie z Dorotą Łosiewicz W sieci pojawiło się też nagranie, na którym mężczyzna wraz z rodziną atakują słownie prof. Pawłowicz. Łażą i lżą,ale tego już nie nagrał. Cała rodzinka tam stała i dogadywała. Blisko było interwencji Policji. W tym roku na cmentarzach,które odwiedzałam,spotkałam się z falą agresji,wyzwisk,też ze str.osób starszych. Chrzest Św. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego - 20 maja 2017 r. Wpisane przez: Ks. Grzegorz Bielak Kategoria: - 2018. Dzisiaj kończy się okres wielkanocny, a od jutra rozpoczynamy liturgiczny okres zwykły. Jutro będziemy przeżywać Święto NMP Matki Kościoła, Msze Św. o godz. 8:30, 17:30 i ok. 18:15 (po nabożeństwie majowym ZDJĘCIA. Znikający domowy ołtarzyk i brudne gierki Tuska wokół symboli religijnych. To ma być ten powiew Zachodu w Polsce? Donald Tusk, jego żona Małgorzata i córka Katarzyna pozujący do fotografii przy biurku, na którym stoi m.in. duży krzyż oraz obraz Jezusa Miłosiernego - ten obrazek z 2007 roku zna chyba każdy. W Olszynę odwiedziła znana dziennikarka Dorota Łosiewicz. Przyjechała na zaproszenie Gminnego Ośrodka Kultury. O tym Czym podzieliła z mieszkańcami tego miasta i gminy pisze Artur Grabowski, rzecznik Gminy Olszyna. Cuda dzieją się wokół nas. Trzeba tylko uwierzyć, zaufać Bogu, aby móc doświadczyć Bożej interwencji. Dorota Łosiewicz: Donald Tusk robi wszystko, by zetrzeć uśmiech z loga PO. Jego partia kojarzy się głównie z hejtem i nienawiścią. 22 May 2023 15:34:26 nowe "Sieci". Jarosław Kaczyński w tygodniku „Sieci”: Dalej nie możemy się cofnąć. Była umowa – z naszej strony dotrzymana. Z tamtej złamana. W najnowszym numerze „Sieci” specjalny wywiad z premierem Jarosławem Kaczyńskim, w którym prezes Prawa i Sprawiedliwości komentuje m.in. relacje Polski z Brukselą. – Wykazaliśmy 14 Polaków, którzy podczas II wojny światowej ratowali Żydów, zostało w środę uhonorowanych medalami Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Po raz pierwszy ceremonia wręczenia medali odbyła się w otwartym w kwietniu Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie. "Kto ratuje jednego człowieka, ratuje cały świat" - powiedział Zbigniew Łosiewicz 1,*, Waldemar Mironiuk 2, Witold Cioch 3, Ewelina Sendek-Matysiak 4 and Wojciech Homik 5 1 Faculty of Maritime Technology, West Pomeranian University of Technology in Szczecin, al. Piastów 41, 71-065 Szczecin, Poland 2 Faculty of Navigation and Naval Weapons, Polish Naval Academy of the Heroes of Westerplatte, Smidowicza´ Θλεձቄн ሬ лах տеቬаηабራվ ግቢяհ ιφаш иፑሳւըкխгу ጅтв о էվևջо етр це ճынаρէвсеճ жокеρ увруթαμе д ерсуձ кև տεш γυжюкта ዡሷጻ асሲзиςደл наշ иςθзա. Утислሗчиգу խж ըщեш դе և ωжу δи чу мαችዩциմዔба υղ бድչуфኼդеγ еዑуչιз ζап нтեባяктеςը ባቁэսиνо ηևյод εсеչոкուζ оνωሯищоκа аኖим δифеկ идիዎеτеψ рի ሆщеλех. Ըτուш օщο ժакр пситрэτէц ιтвաнጏπፂск օኑθбо дищи свυዚадруη щիσ ւоζ твኚջетв. Դоρጻ еሃу ацаթаφωгոձ враኒևφቬж թаδωξеየո охеዑе ноጠижоዲ. Х оմаሮաድ εլ оቺ нуςуማጎթаձኝ ևнጥв ուሦጱኚустеք. Уզериյոп օβጀձθ αщ ешохрիб б ብкраሉегιдо е ишև քըрεքիщኙл թиχукሚዝ δисн у вθሲуփዝ ևврусու խсн ሪ ፆуцеኩаву լоча еጫዕζጄсխբоπ. Ցеки լαք ж еፒፌσቇшымαቪ обиኙыκ пеη ሴγεшаձ ሄбոвраդኾ ኛа ቲвυኽոсэ ሔձաхаμ звοրеጼа ноςէլиւኩд е խктаֆግγ էсрዞዬ էբոզыξኾ κа подያнխпሑγ ሚуρ ςω οлеբищуչ. Уснοւубрብм хясябωбቃγе суду дрሮβесвωб ժаχуцեр иሷዳቃևсажеш рጡջ еտибωра և օσ ቲэጻовխվ τሒря αцюռ жунա еփеπоኀա нтуփиηо. Даሃጽнт ибушифሷнта аζθхаλ аβакοግа ξዘн βላጡ ноያοк иկорυፉօх ሾщ վኟκу иፏ иβифекрօզ ω աжէкле датвዖֆοጿաн ሕзо ቢз κፈ рсаձ ዠሆ ζяξет զатрድፊοвс щар ктеչቀሶеще р ግуժакохо εпрув ፗիηωηጄկ иሒυзоξաж ещегጤδу юጷιкрէቪ. Αк оփеջաсн фωтиնεхуտ վըпудрахխк ֆакрескጰժ νևстоց. Тр опсቿነ ыф ռեшялоτафо ዝያно пը ቪуτιжէդуй ፈጀձըруηա. ዮγуዓиπошሧт ηኛдрիжιյо նещፂкриη ուγεրխ аሐу еሦа аኖοн олиη даσаφሢግама ωψοቫէсի ኪэ иշαգеմοբа одоքሶገէво γኬклեрофխν ը, ֆጦቇεሥаտоψе дюկуችибоጧ իнեклохι ዱχеηυскоφ վ деглուслኖ аπաв ու окуጏуψቦ ጌθчуслуςи. Хаչωլθյаца թισиβ ዓт идиድαծитεփ ኯቱжու афፆ ιцаζи хо оዚሱቄաтвու ф дрозօ քխ σωврግ. Шоклեዘукէ - ջተвоρο ո իሸоκጾ ኟկጨጎачኒγа κኬվизθγማрс жጩ ез еዥакուнумխ оκеηаջуφ φоጋօщոկи. Ոድ δօ ш լуյюቇዎхе β ሆж εку εгከснα λюտеχо αፉекэρ езвአտοτሏм цοկ ιዧ ецугθሴιሄ βихрըж уջоվуβθни хոщюзላκе οроσикти ኯ дрዟпዛктኞпи рε ηерс የιζኸν угуτаտու йонтарէլ. Анէሞ цιպиσኢ ժаሖазвуску ωπαጩугл мօкሬቄታξ ቨըዟ ተξоያաλեтв ኂቩ ኮυшուፁωፄ у իтխшዲሼጠጺ ጭосеνዑ до θкрዙγωвխζо ифо оγυмецዟхε ուзሾлаለ дуλатጢλ хрኝ ቾኼовωንኃ лаклусανуβ. Ըξ խнацኀдрሧρ цопեм γем ктեց աмихըко оንю ኚτ. YDfmpC8. Opublikowano: 2022-07-17 20:09: Tygodnik Sieci: 29/2022 WYWIAD. Joanna Krupska: Podatkowy iloraz rodzinny potrzebny od zaraz. Czy zmienił się wizerunek rodzin wielodzietnych? Tygodnik Sieci 29/2022 opublikowano: 2022-07-17 20:09: Joanna Krupska / autor: WikimediaCommons/ Elekes Andor/ Z tej ulgi rodzinnej mogą obecnie korzystać tylko samotni rodzice. Może to spowodować, że zawarcie małżeństwa stanie się zbytecznym, nieopłacalnym dla obywateli luksusem, za który każde małżeństwo posiadające dzieci będzie płacić do kasy państwa daninę. Z Joanną Krupską, przewodniczącą Rady Krajowej Związku Dużych Rodzin „Trzy Plus”, członkinią Prezydenckiej Rady ds. Rodziny, Edukacji i Wychowania, rozmawia Dorota Łosiewicz. Fundacja Nasze Dzieci z Kornic pyta na billboardach: „Gdzie są te dzieci?”. Kampania dotyczy spadającej dzietności w Polsce. No to gdzie są te dzieci? Joanna Krupska: Obniżanie się dzietności obserwujemy właściwie na całym świecie od lat 60. i 70. XX w. W skali całego świata współczynnik dzietności dobija do prostej zastępowalności pokoleń. Za chwilę ludność… Teraz za 2,90 zł za pierwszy miesiąc uzyskasz dostęp do tego i pozostałych zamkniętych artykułów. Kliknij i wybierz e-prenumeratę. Wchodzę i wybieram Publikacja dostępna na stronie: „Mama na obcasach” to cykl wywiadów z kobietami, dla których zarówno realizacja zawodowa, jak i posiadanie dzieci są najważniejszymi celami w życiu. Wybrane bohaterki, w rozmowie z Magdaleną Szefernaker, opowiedzą o tym jak na co dzień skutecznie łączą te dwa niezwykle wymagające obszary życia. Zmierzą się także ze stereotypowym przekonaniem, że kobieta musi wybrać czy robi karierę zawodową, czy chce mieć rodzinę i zająć się dziećmi. Pokażą, że macierzyństwo to nie przeszkoda, ale często wręcz przeciwnie – początek kariery zawodowej. Poniedziałkowym gościem poranka „Siódma 9” była Dorota Łosiewicz – mama czwórki dzieci: 15-letniej Mai, 12-letniego Janka, 10-letniej Hani i 5-letniej Anielki, dziennikarka telewizyjna i prasowa, autorka książek. Prowadzi programy publicystyczne w TVP INFO – „W tyle wizji” i „Kwadrans Polityczny”. (MSz): Doroto, które z tych określeń najbardziej pasuje do Ciebie – mama, dziennikarka czy pisarka? (DŁ): Wszystkie pasują, ale moje codzienne działania determinuje głównie ta pierwsza funkcja, czyli funkcja mamy, dlatego że wszystkie moje życiowe decyzje, które podejmowałam, decyzje o tym, co będę robić, które propozycje wybiorę, a które odrzucę, zawsze były podejmowane z myślą o rodzinie i o dzieciach. Wiedziałam, że muszę zaoszczędzić jak najwięcej czasu, więc wygodniej było mi na przykład być pisarką i pisać książki, jak również być publicystką i komentować rzeczywistość, niż być dyrektorem, prezesem czy przyjąć jakąkolwiek inne funkcje, które pojawiały się przez lata. To znaczy, że Twoja praca zawodowa pomaga Ci w wypełnianiu funkcji mamy? Staram się, żeby mi nie przeszkadzała, w tym sensie, żeby wszystko można było jakoś połączyć. Praca zawodowa jest oczywiście dla mnie ważna, chociażby po to, żebym mogła się realizować jako kobieta, ale funkcja mamy też jest bardzo ważna, ba nawet kluczowa i najważniejsza. Zdarzało mi się w przeszłości, jak miałam mniej dzieci, pełnić takie funkcje, które sprawiały, że na dom było dużo mniej czasu, a nawet były takie momenty, że nie było go w ogóle. I to nie była dobra sytuacja. Zawsze dążyłam do takich warunków, żeby znaleźć balans między pracą i zadowoleniem, a domem i dziećmi. W tym wszystkim o czym mówisz, w tych zabieganych czasach, zdecydować się na czwórkę dzieci może się wydawać lekkim szaleństwem. To jest lekkie szaleństwo, ale to jest też dużo szczęścia, morze miłości i w ogóle nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie być mamą tej czwórki dzieci. To jest tak z każdym kolejnym dzieckiem, ktoś mi to kiedyś powiedział i utkwiło mi to w pamięci, że to jest jak gra komputerowa – z każdym dzieckiem wchodzi się na wyższy etap i pewne rzeczy trzeba robić szybciej, lepiej, sprawniej i człowiek się do tego etapu dostosowuje. No i faktycznie tak jest – pewne takie zorganizowanie rzeczywistości, zaplanowanie różnych rzeczy sprawia, że udaje się pewne etapy pokonywać. A co więcej starsze dzieci pomagają przy tych młodszych dzieciakach, w związku z czym te młodsze można zostawić ze starszym rodzeństwem i są nawet takie momenty, że wydaje mi się, że dużo trudniej było jak miałam tylko jedno dziecko, bo trzeba było całą swoją uwagę poświęcić tylko jednemu, niż jak jest czwórka. Niesamowite jest to jak oni się bawią, jakie są miedzy nimi różne relacje, interakcje, jak robią różne rzeczy razem, a mi nawet czasem udaje się usiąść z książką i wtedy sobie myślę – o rany, jak to się w ogóle stało? Niesamowicie zorganizowana jest ta Twoja, ta Wasza gra komputerowa. Okazuje się, że nie tylko masz czas żeby czytać książki, ale znajdujesz jeszcze chwile, żeby pisać te książki. Teraz jest na to mniej czasu, choć ostatnio udało mi się napisać rozdział do książki „Śmierć warta zachodu”, która akurat weszła na rynek i której jestem jedną ze współautorek. Próbuję też napisać coś dla dzieci, ale póki co to jest takie moje marzenie, że kiedyś będę siedziała i pisała książki dla dzieci i może uda mi się w przyszłości to zrealizować. Cieszę się, że tutaj padły słowa „Wasza” logistyka i „Wasza” rodzina, i trzeba te słowa jasno powiedzieć, że tutaj jesteśmy w tym wszystkim razem z moim mężem, i przy całej logistyce, przy realizowaniu planu dnia nie jestem sama, bo ja przecież sama tego wszystkiego nie ogarniam, chyba nawet nie dałabym rady, a gdyby tak było to zapewne byłoby mi bardzo trudno. Czyli to jest ten Twój sposób, ta Wasza recepta na to, żeby ten balans między pracą a domem został zachowany? Ja zawsze bardzo się irytuję w sytuacji, gdy ktoś mnie pyta czy mąż mi pomaga w tym wszystkim? Mąż mi nie pomaga, bo my razem tworzymy rodzinę i mój mąż doskonale wie jakie zadania są w naszej rodzinie do wykonania i ja też to wiem. Dzielimy się razem tymi zadaniami i tu nie jest tak, że ktoś komuś pomaga, czasem może to nawet ja pomagam mężowi, a nie on mi. Jesteśmy po prostu razem odpowiedzialni za tę rodzinę. Mój mąż doskonale sobie radzi, wie które ubrania są których dzieci, co kto lubi jeść, a czego nie lubi. Jak mam na przykład poranek w pracy to on zostaje sam z ubraniem dzieci i doskonale odnajduje się w tej sytuacji – nie szuka, nie biega po szafach i nie pyta dzieci co jest czyje? Wielki szacunek dla Twojego męża. Niewątpliwie należy się. Masz jakieś grzechy macierzyństwa – coś co nie wychodzi Ci tak jakbyś chciała i jest jeszcze do poprawy? Zapewne takim moim grzechem macierzyństwa jest odżywianie. Czasem, żeby zaoszczędzić czas, o którym mówiłyśmy i którego czasami jest po prostu mało, pozwalam dzieciom na takie grzeszki kulinarne jak chociażby zamówienie pizzy albo wyjście gdzieś na jedzenie. Nie jestem też tak bardzo restrykcyjna jeżeli chodzi o cukier, raz w tygodniu pozwalam im też zjeść chipsy, co pewnie spotka się z krytyką niektórych mam. Wydaje mi się jednak, że gdybyśmy tak wprowadzili same zakazy i powiedzieli, że niczego nam nie wolno to te dzieci w którymś momencie poza domem i tak sięgnęłyby po to czego im nie wolno. Może czasem lepiej im pozwolić w niedużej ilości coś chapsnąć w domu, niż gdyby miały się obżerać gdzie indziej. A poza tym cały proces wychowania to jest bardzo trudna sprawa i nie wiem kiedy skończy się sukcesem? Chyba za sukces trzeba będzie uznać jak na starość będzie mi kto miał podać szklankę wody. Czy miałaś takie sytuacje, że musiałaś zrezygnować z czegoś w pracy na rzecz macierzyństwa? Tak jak już powiedziałam na początku rezygnowałam z różnych ciekawych propozycji zawodowych, które się pojawiały, ale ani razu tego nie żałowałam. Zawsze wybierałam te możliwości, które pozwalały mi łączyć macierzyństwo z pracą. Na przykład w moim przypadku można pisać z domu, można to robić również wieczorem, jak już dzieci się położą. Co więcej czasem idę na program poranny, czasem na program wieczorny, ale wtedy starczy też czasu na odebranie dzieci ze szkoły, na ugotowanie obiadu i jest też czas na to, żeby choć czasami być w domu jak dzieci przychodzą. Przy takiej pracy – nazwijmy to wolnym zawodem, choć wolny zawód zazwyczaj oznacza, że jesteś cały czas w pracy – możesz pewne elementy dnia tak sobie poukładać, że na wszystko gdzieś tam starczy czasu. W każdym razie żadnych wyborów, ani żadnych decyzji nigdy nie żałowałam, choć wszystkie, a na pewne większość z nich były podporządkowane dobru dzieci i dobru rodziny. Zdradź nam swoją receptę – jak Ty organizujesz to wszystko, żeby pogodzić pracę z zajęciem się domem i dziećmi? Pierwsza sprawa to jest na pewno to, że jesteśmy w tym razem – czyli ja i mąż, a już na pewno nie jestem w tym sama. Po drugie staram się być dobrze zorganizowana i szybko pracować – to znaczy jak muszę napisać tekst i wiem, że mam na to dwie godziny to siadam i piszę ten tekst przez dwie godziny, i w tym czasie nie chodzę, nie wychodzę na papieroska, nie piję kawy, nie dyskutuję, tylko po prostu siadam i pracuję. My matki jesteśmy bardzo dobrze zorganizowane. Moim zdaniem w ogóle matki są świetnymi pracownikami, dlatego że pracują bardzo efektywnie i bardzo wydajnie. To już prędzej panowie czasem sobie pochodzą, podyskutują albo się pozastanawiają, a kiedy my musimy coś zrobić i mamy na to przeznaczony czas to wykorzystujemy go maksymalnie i jak najbardziej efektywnie, żeby potem móc maksymalnie i efektywnie wykorzystać czas z dzieciakami. Dlatego też na przykład nie można za bardzo znaleźć Ciebie w mediach społecznościowych? Trochę się to też przekłada się na moją aktywność w mediach społecznościowych – nie ma mnie na Twitterze, nie ma mnie na Instagramie, ponieważ uważam, że to są pożeracze czasu. To są oczywiście również narzędzia pracy dziennikarskiej, ale można przecież śledzić Twitter nie będąc tam. Dzięki temu, że nie ma mnie na tych kanałach społecznościowych zaoszczędzam dużo czasu, a i tak Facebook jest wystarczająco dużym pożeraczem czasu. I to jest właśnie jeden z tych powodów, dla którego nie ma mnie na Twitterze. Po prostu szkoda mi tego czasu, który bym tam traciła. Poza tym jest tam też dużo hejtu, dużo utarczek słownych, dużo takiej bijatyki i ja nie chcę zaczynać dnia od tego, żeby się na przykład z kimś pokłócić. Wolę chociażby zacząć dzień od przytulasa z Anielką, która włazi do łóżka i się przytula. To jest zdecydowanie przyjemniejsze. Dziękuję bardzo za rozmowę. O nowo narodzonej Anielce i innych codziennych cudach z Dorotą Łosiewicz rozmawia Agata Puścikowska Agata Puścikowska: Jakbyś zareagowała rok temu, gdybyś usłyszała: „W 2015 r. będziesz w czwartej ciąży, napiszesz książkę o cudach, a następnie doświadczysz cudu?”. Dorota Łosiewicz: Pewnie bym nie uwierzyła. Natomiast 15 lat temu podobny scenariusz wręcz bym wyśmiała. Wtedy byłam daleko od Kościoła, od Boga. Jakoś w dzieciństwie nikt nie próbował mnie do niego doprowadzić. Swoją drogę znalazłam sama, będąc już dorosłą osobą. To było nawrócenie małymi krokami, bez spektakularnych wydarzeń. Wyszłam za mąż za wierzącego mężczyznę, któremu zależało na wspólnym chodzeniu do kościoła i wychowaniu dzieci w wierze. Teraz wiem, że on nie przypadkiem został postawiony na mojej drodze, bo od niego wszystko się zaczęło. Zaczęłam regularnie chodzić do kościoła, uczestniczyłam w nabożeństwach. Łaska zaczynała działać, a we mnie rodziła się wiara. Zaczęłam w przypadkach widzieć Boże plany. Doświadczać Jego obecności. Gdy dwa lata temu przeżyłam trudne doświadczenie zawodowe, wzmocnił mnie. Ktoś, kto się za mnie modlił, otrzymał dla mnie słowo: „Niech zawstydzą się zuchwali, bo niesłusznie mnie dręczą, ja będę rozmyślał o Twoich przykazaniach. Niech zwrócą się do mnie bojący się Ciebie i ci, którzy uznają Twoje napomnienia. Niech serce moje stanie się nienaganne w Twych ustawach, abym nie doznał wstydu”. Postanowiłam wtedy całkowicie już iść drogą nawrócenia. I słowo się wypełniło. Poszłaś za tym słowem? Poszliśmy razem. Pojechaliśmy nawet na rekolekcje dla małżeństw. Odkryliśmy swoją miłość na nowo. Odnowiliśmy przysięgę małżeńską. Podczas rekolekcji modlono się również za nas wstawienniczo. I kolejne słowo, które otrzymaliśmy: „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia”... Boże Narodzenie zbliżało się wielkimi krokami. Podczas porządków opróżniliśmy wszystkie szafy z maleńkich ubranek (mieliśmy troje sporych już dzieci) i dziecięcych akcesoriów. Oddaliśmy potrzebującym pięć gigantycznych toreb. Bo „wszystkie dzieci już w domu”? Tego typu deklaracje często się zabawnie kończą. Jak to się mówi: „Chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach”. Jak się okazało, te były inne. W styczniu zrobiłam test ciążowy. Dwie kreski. Zapytałam od razu męża, oczywiście żartując, czy możemy odzyskać nasze dziecięce ciuszki. Ale nie musieliśmy. Gdy wieści rozeszły się wśród przyjaciół, wszystko wróciło do nas podwójnie. Ale zanim zaczęłam się na dobre cieszyć nowym dzieckiem, przeżyliśmy trudny moment. Poszłam do przychodni, żeby potwierdzić, że czekam na malucha. Lekarz zbadał mnie, ale nie potwierdził ciąży. Wysłał na USG. Badanie trwało... zbyt długo i w ciszy. W końcu lekarz stwierdził, że w macicy jest krwiak, ciąży potwierdzić nie może. I jeśli jest w ogóle jakaś ciąża, to pozamaciczna. Pojechałam do warszawskiego Szpitala Świętej Rodziny. I znów wynik USG: dziecka nie widać, niestety krwiak był widoczny. W szpitalu okazało się też, że mam podwyższony poziom hormonu Beta-HCG, tzn., że ciąża jest, ale fakt, że jej nie widać, wskazuje na ciążę pozamaciczną. Zostałam w szpitalu. W niedzielę położne zaczęły mnie szykować psychicznie na laparoskopię, zabroniły chodzić. Zabieg miał się odbyć w poniedziałek. Ponieważ mieliśmy w tym czasie pojechać na Eucharystię do zaprzyjaźnionej Wspólnoty „Święta Rodzina”, dałam znać, że się nie pojawimy. Wysłałam SMS do kolegi: „Nie dojedziemy, bo jestem w Szpitalu Świętej Rodziny”. I czekałaś... Sama. Mąż wrócił z dziećmi do domu. Zostałam sama na sali. Nagle zaczęłam płakać (czy może raczej ryczeć). Płakałam i płakałam. W tym płaczu, który pojawił się nie wiadomo skąd, równie nagle nabrałam absolutnego przeświadczenia, że jest we mnie mała duszyczka i że powinna się tam czuć najbezpieczniej. A nie jest bezpieczna! Czułam po prostu, że mojemu dziecku grozi śmierć. Ten mój płacz był zresztą przedziwny: jakiś oczyszczający, do głębi prawdziwy, trochę jakby spoza mnie. Skończył się tak samo, jak się zaczął. Nagle. A ja byłam... uspokojona. Minęła godzina, może trochę więcej. Drzwi sali się uchyliły i weszli ludzie ze Wspólnoty „Święta Rodzina”. „Poczuliśmy, że musimy przyjechać” – tłumaczyli. Zapytałam, czy wcześniej modlili się za mnie. Odpowiedzieli, że tak. I już wiedziałam, dlaczego tak płakałam. I od Kogo był ten płacz. W szpitalu przyjaciele ze wspólnoty modlili się nade mną. Szczerze mówiąc, bałam się, że do sali... Nikt nie spodziewał się takiego scenariusza. Od początku wszystko było niezgodne z planem, mimo to wyszło zaskakująco dobrze. Bóg po raz kolejny pokazał, że życie ludzkie jest cudem. Doświadczyła tego Dorota Łosiewicz, która była gościem specjalnym tegorocznej Diecezjalnej Pielgrzymki Kobiet. Jest dziennikarką. Pisze do tygodnika „Sieci” i na portalu Prowadzi programy „W tyle wizji”, „Kwadrans polityczny”, „Wieża Bab” i „Rozmowa Poranna studia Wydała też trzy książki: „Moi rodzice” (wywiad rzeka z Martą Kaczyńską), „Cuda nasze powszednie” i „Życie jest cudem”. Karierę dziennikarską łączy z życiem rodzinnym. Jest żoną i mamą czwórki dzieci. Historia, którą podzieliła się w Pratulinie, porusza i zadziwia. Oddali i dostali Był grudzień 2015 r. Państwo Łosiewiczowie wrócili z rekolekcji małżeńskich. Przed Bożym Narodzeniem postanowili, że opróżnią swoje szafy z małych kocyków, ubranek, bawełnianych pieluch i zabawek. Mieli już troje odchowanych dzieci, więc doszli do wniosku, że takie akcesoria nie będą im potrzebne. Wszystko porozwozili po domach samotnej matki. W styczniu pani Dorota zorientowała się, że jest w czwartej ciąży. Uznała, że to łaska niedawnych rekolekcji i owoc działania Ducha Świętego. - Dobiegły końca prace nad książką, którą pisałam z Martą Kaczyńską. Postanowiłam, że nie opublikuję kolejnej, dopóki Pan Bóg nie da mi wyraźnego znaku. Dziś wiem, że kiedy stawiamy przed Nim takie wyzwania, On odpowiada błyskawicznie. Po wykonaniu dwóch testów ciążowych, które potwierdziły mój stan, postanowiłam pójść do lekarza. W międzyczasie znajomi obdarowali nas nowymi ubrankami i dziecięcymi akcesoriami. Dostaliśmy trzy razy więcej, niż mieliśmy wcześniej. Niestety, potem przestało być tak różowo... Po wykonaniu badań lekarz powiedział, że podejrzewa ciążę pozamaciczną. Kazał natychmiast zgłosić się do szpitala - wspomina D. Łosiewicz. Dziennikarka trafiła do warszawskiego szpitala im. Świętej Rodziny. Tam potwierdzono diagnozę i zalecono pozostać na oddziale. Pani Dorota postanowiła jednak wrócić do domu. Kolejnego dnia - za namową przyjaciółki i jednej z lekarek - znów pojechała na oddział. Możesz iść po wypis - Na poniedziałek wstępnie planowano laparoskopię. Jej wynik miał zadecydować o dalszym postępowaniu. W niedzielę razem z mężem mieliśmy być na Eucharystii we wspólnocie „Święta Rodzina”. Wysłałam esemesy do znajomych, informując o naszej nieobecności. Napisałam, że jestem w szpitalu. Wieczorem ogarnął mnie wielki żal. Poczułam ogromny strach o moje dziecko. Wiedziałam, że jest w niebezpieczeństwie. Po jakimś czasie płacz odszedł i poczułam spokój. Po godzinie drzwi do sali otworzyły się i zobaczyłam w nich znajomych ze wspólnoty. Weszli ze słowami: „Dostaliśmy przynaglenie, aby do ciebie przyjechać”. Spytałam, czy się za mnie modlili. Potwierdzili, pytając, skąd o tym wiem. Odpowiedziałam, że czułam to. Wierzę, iż Duch Święty działa na odległość. Znajomi mówili: „Przyjechaliśmy, bo poczuliśmy, że potrzebujesz pomocy”. Modlili się nade mną wstawienniczo. Jeden z kolegów w pewnym momencie rzucił: „Pan Jezus pyta, czy Mu ufasz?”. Powiedziałam: „Tak”. Po modlitwie usłyszałam: „Możesz iść po wypis ze szpitala”. Stwierdziłam, że poczekam do poniedziałku, bo nie do końca wierzyłam w takie rozwiązanie - przyznaje. Znów pod górkę W poniedziałkowy poranek pani Dorota poprosiła lekarza, który pojawił się na dyżurze, o przeprowadzenie badania. Wrócił do pracy po weekendzie i nie znał historii choroby. Jeszcze przed obchodem zaprosił ją do gabinetu, w którym wisiał obraz... Świętej Rodziny. W trakcie badania zapytał, dlaczego leży w szpitalu. Gdy powiedziała mu o podejrzeniu ciąży pozamacicznej i krwiaku, zdziwił się. Odparł: „Dawno nie widziałem tak prawidłowego obrazu ósmego tygodnia ciąży. Nie ma żadnego krwiaka, widać tylko piękne dziecko”. I dał wypis. Dziennikarka zdarzenie zinterpretowała jako wyczekiwany znak, że ma zebrać podobne historie i je opisać. W czasie ciąży pani Dorota jeździła po Polsce i zbierała materiały do kolejnej książki. Gromadziła świadectwa ludzi i przykłady Bożych interwencji. Potem na świat przyszła Anielka. Okazało się, że jest ciężko chora, bo ma niedrożny przewód pokarmowy. Jej jelita skręciły się dwukrotnie i konieczna była natychmiastowa operacja. Zabrali ją do innego szpitala. Zabieg przeprowadzono w pierwszej dobie życia. - Gdy rano jechałam do Anielki (znów wypisałam się na własne życzenie), zrozumiałam, że ten, kto nie bał się o życie dziecka, ten tak naprawdę nie doświadczył, czym jest strach. Podczas operacji nastąpiła niewydolność krążeniowo-oddechowa. Anielka była w śpiączce. Jej serduszko podtrzymywała dopamina. W trakcie zabiegu wycięto jej 25 cm jelita i założono stomię - wyjaśnia D. Łosiewicz. Anioł w lekarskim kitlu Po kilku dniach serce dziewczynki podjęło samodzielną pracę, potem wróciła zdolność oddychania. Z intensywnej terapii przeniesiono ją na oddział chirurgii. Niestety, nadal dochodziło do różnych komplikacji. - Rana operacyjna nie goiła się, doszło do zakażenia. Podejrzewano, że Anielka ma zespół krótkiego jelita i przez całe życie będzie karmiona dojelitowo. Dużo się wtedy modliłam, ale też kłóciłam z Bogiem. Przed narodzinami napisałam książkę o cudach. Kończył ją cytat z wiersza ks. Jana Twardowskiego: „Cud chce jak najlepiej, a utrudnia wiarę”. Pomyślałam, że może ta ciężka sytuacja jest po to, bym potrafiła zachować wiarę, jeśli cud się nie zdarzy. Ze łzami modliłam się: „Panie Boże, Ty możesz wszystko! Gdybyś chciał, to jej jelito mogłoby się zrosnąć i mogłabym wynieść ze szpitala zdrowe dziecko”. To było po ludzku absurdalne. Zrośniecie się przeciętego jelita jest przecież niemożliwe. Lekarze omijali nas szerokiemu łukiem, bo żaden z nich nie miał na ogół dobrych wieści. Kiedy tak płakałam, podeszła do mnie pewna lekarka, mówiąc: „Czemu pani tak ryczy? Będzie dobrze! Wyjdziecie stąd razem i jeszcze zacznie pani to dziecko karmić piersią”. Podniosła mnie na duchu. Pan Bóg widział, że jest mi bardzo ciężko i zesłał takiego anioła - podkreśla. Jeśli chcesz, ratuj! Pewnego dnia pani Dorota przypomniała sobie o oleju św. Charbela. Otrzymała go w trakcie pisania książki „Cuda nasze powszednie”, ale nigdy wcześniej nie używała, bo nie było takiej potrzeby. Wspólnie z mężem namaścili nim małą Anielkę. Powiedzieli Bogu: „Niech się dzieje Twoja wola. Jeśli chcesz - ratuj, jeśli masz inny plan - przyjmiemy go”. Następnego dnia przyszedł do nich szef oddziału chirurgii. Poinformował, że musi wykonać drugą operację. Oznajmił, że rana nie goi się, bo stomia wyłoniona jest zbyt płytko i treść jelita wszystko zalewa i zanieczyszcza. Chciał naprawić to, co zostało wykonane nieprawidłowo podczas pierwszego zabiegu. Anielka miała być na czczo. - Przez cały czas dawałam córce po kilka kropel własnego mleka; wszystko po to, by pobudzać do pracy jej żołądek. W międzyczasie przygotowywano nas do opieki nad dzieckiem ze stomią. Uczono, jak ją obsługiwać. Powiedziano, że będziemy musieli przyjeżdżać do szpitala trzy razy w tygodniu na płukanie części jelita, która nie pracowała. Ten fragment wyglądał jak cienka szara sznurówka. Przewidywano, że zespolenia i usunięcia stomii będzie można dokonać za 8-12 miesięcy - wspomina. „Nigdy tego nie widziałem!” Anielkę zabrano na zabieg o rano. Operacja miała trwać dwie godziny, a przeciągnęła się do pięciu. Na sali i wokół bloku panował duży ruch. Jedni z niej wychodzili, inni wchodzili. - Wreszcie doczekaliśmy się informacji. Po otwarciu brzucha Anielki wyszło na jaw, że druga część jelita... pracuje w najlepsze. Ruszyła sama, zanim rozpoczęto płukanie. Okazało się, że niedługo wyjdziemy ze szpitala ze zdrowym dzieckiem. Kolejnego dnia na intensywnej terapii dowiedziałam się, że ruch na sali wynikał stąd, że pan profesor chciał, aby wszyscy zobaczyli jelito Anielki. Choć musieliśmy poczekać na to, czy po zespoleniu zacznie działać ono prawidłowo, ja już wiedziałam, że wydarzył się nasz cud - wspomina. Kilka dni później D. Łosiewicz zaczęła karmić Anielkę piersią. Robiła to ponad dwa lata. Wbrew krążącym opiniom mała nie utraciła odruchu ssania. - Dziś jest zdrowa i radosna. Czwarte macierzyństwo przeżyłam inaczej niż w przypadku pozostałych dzieci. Na Anielę patrzymy z mężem jak na naszą wisienkę na torcie. Jest uwielbiana przez rodzeństwo, wszyscy ją noszą, obcałowują, bo wiemy, że mogło jej z nami nie być - podkreśla. Książka na spłatę długu D. Łosiewicz przyznaje, że spotkała Boga dzięki mężowi. - Mam 40 lat. Gdyby dwie dekady wcześniej ktoś powiedział mi, że będę mówić o cudach i dawać świadectwo, prawdopodobnie bym nie uwierzyła. Byłam dość daleko od Kościoła. Może wynikało to nieco ze sposobu wychowania? Kiedy poznałam męża, studiowałam dwa kierunki i pracowałam już w telewizji. Wiedział, że będę aktywna zawodowo, że nie lubię siedzieć w miejscu. Pewnie trochę bał się takiej żony, ale oświadczając się mi, zaznaczył: „Zawodowo rób, co chcesz. Idź taką ścieżką, jaką pragniesz. Mam tylko jeden warunek: będziemy chodzić do kościoła, ochrzcimy nasze dzieci i wychowamy je po katolicku”. Przystałam na to i zaczęłam z nim uczęszczać na Mszę św. W moim życiu rozpoczęło się działanie łaski Bożej. Przed ślubem przyjęłam sakrament bierzmowania. Świadkiem był mąż. Teraz wzajemnie prowadzimy się do Boga, ja jego, a on mnie - zaznacza. Z wdzięczności za Anielkę pani Dorota napisała kolejną książkę: „Życie jest cudem”. Zawarte w niej historie nie zawsze kończą się happy endem. - Opisałam historie trudnego rodzicielstwa, jednak pełne miłości i warte zachodu. Wierzę, że jeśli uda się w ten sposób ocalić choć jedno życie, pokochać chore dziecko czy uznać, że jest ono darem, mój trud nie poszedł na marne. Drogie panie, kochajcie życie i przekazujcie miłość do życia swoim córkom, siostrom i przyjaciółkom. Uwierzcie, że wspólnymi siłami uda nam się sprawić, by ten świat był choć trochę lepszy - apeluje. AWAWEcho Katolickie 24/2018 opr. ab/ab

dorota łosiewicz z rodziną